Polska jesień ma klimat, którego nie sposób pomylić z niczym innym. Gdy poranki robią się mgliste, a na sklepowych półkach lądują dynie i cynamonowe świeczki, spora część ludzi sięga po kalosze, łapie koszyk i znika w lesie.
Na pierwszy rzut oka grzybobranie wygląda na dość osobliwy sposób spędzania wolnego czasu. Można przecież pójść na zwykły spacer. Pieczarki można kupić w sklepie i wtedy nie trzeba się zastanawiać, czy znaleziony grzyb nadaje się do jedzenia. Mimo to co roku lasy pełne są osób, które godzinami krążą między drzewami, odgarniają liście i w skupieniu wypatrują czegoś, co z daleka przypomina brązowy kapelusz wystający z ziemi.
Z punktu widzenia psychologii to zajęcie ma jednak w sobie znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. To nie jest zwykłe zbieranie jedzenia.
Natura
Grzybobranie ma wiele zalet, ale chyba najważniejsza z nich to samo przebywanie w naturze. W psychologii środowiskowej od dawna analizuje się, jak człowiek funkcjonuje w naturalnym otoczeniu i co to oznacza dla jego dobrostanu. Nie chodzi o to, że każdy leśny spacer automatycznie naprawia naszą psychikę. Niemniej badania rzeczywiście pokazują, że kontakt z przyrodą i poczucie więzi z nią idą w parze z pozytywnymi emocjami, większą witalnością i wyższą satysfakcją z życia. W metaanalizie, która objęła 30 prób i ponad 8500 osób, Capaldi, Dopko i Zelenski wykazali niewielki, lecz istotny związek między więzią z naturą a szczęściem (2014).
Ma przy tym jedną ważną przewagę nad zwykłym spacerem. Wymaga po prostu uważnego patrzenia. Wędrując bez konkretnego celu, można podziwiać drzewa, ptaki czy jesienne kolory, ale można też przez pół godziny rozpamiętywać wiadomość bez odpowiedzi albo planować kolejny dzień. Tymczasem podczas grzybobrania uwaga zostaje skupiona na konkretnym zadaniu. Trzeba rozróżnić liście, mech i kapelusz grzyba, zapamiętać, gdzie coś przed chwilą mignęło, i non stop obserwować teren. To trochę przypomina uważność, bo kieruje naszą uwagę na to, co dzieje się tu i teraz. Nie znaczy to jednak, że grzybobranie to terapia albo że działa identycznie jak trening mindfulness. Po prostu potrafi stworzyć warunki, w których łatwiej choć na chwilę oderwać się od codziennych myśli.
Co ciekawe, badania nad relacją człowieka z przyrodą pokazują, że liczy się nie tylko wyjście na zewnątrz, ale też sposób, w jaki odbieramy naturę. Richardson i McEwan (2018) przeanalizowali uczestników programu „30 Days Wild” i zauważyli wzrost poczucia więzi z naturą oraz poprawę dobrostanu. Szczególnie interesujące w ich wynikach okazało się znaczenie dostrzegania piękna otoczenia. Grzybobranie świetnie wpisuje się w takie właśnie doświadczanie lasu. Nie przechodzimy przez niego tylko z punktu A do punktu B. Zaczynamy wyłapywać detale, które podczas zwykłego spaceru mogłyby nam umknąć.
Dlaczego znalezienie grzyba daje taką satysfakcję?
Jest jeszcze drugi element, który może tłumaczyć, skąd bierze się popularność grzybobrania: poszukiwanie i nagroda. Grzybów nie ma przecież na każdym kroku. Zdarza się, że przez kilkanaście minut nic się nie dzieje, a potem nagle dostrzegamy jednego podgrzybka i przez chwilę czujemy autentyczną satysfakcję. I od razu zaczynamy wypatrywać kolejnego. To w gruncie rzeczy bardzo prosty mechanizm: eksploracja, znalezienie czegoś wartościowego, nagroda.
Psychologia uczenia się od dawna pokazuje, że zachowania, po których pojawia się satysfakcjonujący rezultat, mogą być wzmacniane i powtarzane. W grzybobraniu interesujące jest też to, że nagroda nie jest w pełni przewidywalna. Nie wiemy, czy następny grzyb znajdzie się za minutę, czy dopiero za pół godziny. Taka niepewność potrafi sprawić, że poszukiwanie staje się bardziej angażujące. Podobny mechanizm łatwo dostrzec w wielu innych aktywnościach opartych na eksploracji i odkrywaniu. Samo oczekiwanie na znalezienie czegoś może być częścią przyjemności.
Do tego dochodzi poczucie kompetencji. Ktoś uczy się rozpoznawać gatunki, a po jakimś czasie zaczyna dostrzegać grzyby, których wcześniej w ogóle nie zauważał. To bardzo konkretna informacja zwrotna: „umiem to”. W teorii autodeterminacji, rozwijanej między innymi przez Ryana i Deciego, potrzeba kompetencji jest jedną z podstawowych potrzeb psychologicznych. Człowiek chce mieć poczucie, że coś potrafi i że jego działania przynoszą efekt. Grzybobranie daje ku temu wyjątkowo namacalną okazję. Jeszcze chwilę temu las był po prostu lasem, a za chwilę wracamy z koszykiem pełnym tego, czego szukaliśmy.
Badania nad związkiem natury z dobrostanem sugerują zresztą, że kontakt z przyrodą może wspierać nie tylko przyjemność, ale również zaspokajanie potrzeb psychologicznych związanych z autonomią, kompetencją i relacjami z innymi ludźmi. Yang i współpracownicy (2022) wskazywali, że właśnie te trzy potrzeby mogą częściowo wyjaśniać, dlaczego kontakt z naturą wiąże się z większym dobrostanem. W przypadku grzybobrania wszystkie trzy mogą pojawić się jednocześnie. Sami decydujemy, gdzie pójdziemy, możemy rozwijać umiejętność rozpoznawania grzybów, a dodatkowo często robimy to razem z rodziną czy znajomymi.
Grzybobranie jako mały powrót do dzieciństwa
Dla wielu osób grzybobranie to coś więcej niż samo zbieranie grzybów. Bywa też zapisem pamięci. Jeśli ktoś jako dziecko chodził do lasu z rodzicami albo dziadkami, potrafi wrócić do tamtych chwil przez zapach mokrej ściółki, widok koszyka czy kaloszy. Nawet sposób oczyszczania i przyrządzania znalezionych grzybów może budzić bardzo konkretne skojarzenia. Gdy po latach znów wchodzimy między drzewa, nie szukamy wyłącznie podgrzybków czy kurek. Częściowo odtwarzamy znany sobie scenariusz.
To dobry przykład na to, jak mocno pamięć autobiograficzna potrafi wpływać na nasze zachowanie. Pewne miejsca, zapachy i czynności bywają dla niej wskazówkami. Jedna osoba spojrzy na jesienny las i zobaczy po prostu las. Inna natomiast poczuje się jak za dziecka: wspólne wyjazdy, rozmowy z dziadkiem, wspólny obiad z sosem grzybowym. To może częściowo wyjaśniać, czemu grzybobranie ma w Polsce tak silny charakter międzypokoleniowy. Wiedza o tym, gdzie szukać grzybów albo jak odróżnić jeden gatunek od drugiego, zwykle przekazywana jest w praktyce. Wystarczy po prostu razem iść przez las.
Nie można też zapomnieć o aspekcie społecznym. Wspólne wyjście do lasu nie zmusza do ciągłego podtrzymywania rozmowy, a mimo to pozwala spędzić ze sobą kilka godzin. Idziemy obok siebie, na moment się rozdzielamy, a później spotykamy przy samochodzie i porównujemy zawartość koszyków. Dla części osób to przyjemniejsza forma wspólnego czasu niż aktywność wymagająca ciągłej rozmowy i organizowania kolejnych atrakcji.
Poszukiwanie skarbu
Grzybobranie staje się tutaj, moim zdaniem, szczególnie interesujące psychologicznie. W gruncie rzeczy to bardzo prosta wersja poszukiwania skarbu. Mniej więcej wiemy, czego szukamy, ale dokładne miejsce pozostaje niewiadomą. Las dostarcza ogromnej ilości informacji, tylko większość z nich nie ma dla nas żadnego znaczenia. Uczymy się więc selekcjonować bodźce. Liście, gałęzie i mech nie stanowią już jednolitego tła, ponieważ zaczynamy wychwytywać konkretne kształty, kolory i miejsca, w których prawdopodobieństwo znalezienia grzyba jest większe.
Dla osób, które lubią aktywności związane z odkrywaniem, może to być szczególnie przyjemne. W literaturze o ludzkiej ciekawości często podkreśla się, że luka między tym, co już wiemy, a tym, czego jeszcze nie wiemy, potrafi motywować nas do dalszego poszukiwania informacji. W lesie ta luka przybiera bardzo konkretną postać: „czy tutaj coś jest?”. I właśnie dlatego znalezienie kolejnego grzyba bywa satysfakcjonujące, nawet gdy wcale nie potrzebujemy następnych kilku sztuk do obiadu.
Nie wszystkie grzyby służą do sosu
Kiedy mowa o grzybach, nie sposób pominąć ich bardziej kontrowersyjnej odmiany, czyli tych zawierających psylocybinę. W języku potocznym mówi się o nich „grzyby halucynogenne” albo „magiczne grzyby”.
Czym właściwie jest psylocybina? To substancja psychoaktywna, którą znajdziemy w wielu gatunkach grzybów. W organizmie przechodzi w psylocynę. Ta z kolei oddziałuje między innymi na receptory serotoninowe, w szczególności na receptor 5-HT2A. Zmienia się wówczas sposób przetwarzania bodźców, percepcja, poczucie czasu, emocje, a nawet sposób doświadczania własnego „ja”.
Historia takich grzybów jest znacznie starsza niż współczesna kultura psychodeliczna. Używały ich rdzenne społeczności Mezoameryki, między innymi w kontekstach religijnych i leczniczych. Za jedno z najważniejszych źródeł historycznych uchodzi XVI-wieczny Florentine Codex, w którym opisano ceremonie z udziałem grzybów nazywanych przez Azteków „teonanácatl”. Zachód zainteresował się tymi tradycjami później, a skutkiem były badania nad identyfikacją poszczególnych gatunków i ich właściwościami. W XX wieku psylocybinę wyizolowano i zsyntetyzowano, a psychodeliki zaczęły budzić rosnące zainteresowanie w psychiatrii i psychologii. Lata 70. przyniosły jednak poważne ograniczenia natury prawnej i politycznej, które mocno zahamowały badania. Dopiero pod koniec XX wieku naukowe eksploracje tego tematu wróciły na dobre. Szczegółowy obraz tych dziejów dają między innymi Nichols (2020) oraz nowsze przeglądy badań nad psylocybiną.
„Magiczne” nie oznacza jednak „bezpieczne”
Z psylocybiną łatwo wpaść w skrajność. Z jednej strony słyszy się, że to groźny narkotyk, z drugiej, że praktycznie naturalny lek na problemy psychiczne. Obie wizje mijają się jednak z tym, co wynika z aktualnej wiedzy.
Trzeba przyznać, że badania kliniczne z psylocybiną przyniosły interesujące rezultaty. Dotyczy to między innymi depresji, lęku towarzyszącego ciężkiej chorobie oraz części zaburzeń związanych z używaniem substancji. Liczy się jednak to, w jakich warunkach takie badania powstają. Uczestników starannie się dobiera, monitoruje, podaje im substancję w ściśle określonej dawce, a całością opiekuje się przeszkolony zespół. Takich ustaleń nie da się wprost przenieść na samodzielne sięganie po grzyby znalezione czy kupione poza tym środowiskiem.
Nie brakuje też doświadczeń, które mogą okazać się trudne. Pojawia się silny lęk, dezorientacja, panika, zaburzenia percepcji albo poczucie utraty kontroli. Ogromne znaczenie ma kontekst, w jakim substancja jest przyjmowana, oraz to, kim jest osoba, która ją przyjmuje. Przeglądy kliniczne zwracają uwagę, że poważne działania niepożądane zdarzają się w kontrolowanych badaniach stosunkowo rzadko, ale bezpieczeństwo psylocybiny wciąż wymaga dalszych analiz. W literaturze można też znaleźć doniesienia o niepożądanych efektach psychicznych u części uczestników, więc traktowanie psychodelików jako czegoś uniwersalnie bezpiecznego nie ma uzasadnienia.
Osobną sprawą jest grzybobranie. Ktoś bez odpowiedniego przygotowania może łatwo pomylić gatunek jadalny z trującym albo psychoaktywnym. Dlatego znajomość grzybów to kwestia nie tyle kulinarna, ile przede wszystkim bezpieczeństwa. Stwierdzenie „wygląda jak ten ze zdjęcia” nie wystarcza do pewnej identyfikacji gatunku.
Co łączy zwykłe grzybobranie z fascynacją grzybami psychoaktywnymi?
Na pierwszy rzut oka niewiele je łączy. Jedno przywodzi na myśl jesienny las, koszyk i suszone podgrzybki. Drugie kojarzy się z psychodelikami, zmienioną percepcją i kontrkulturą. A jednak można znaleźć tu wspólny mianownik. To ciekawość.
Grzyby dobrze pokazują, jak bardzo angażować może nas coś, co wymaga odkrywania. W zwykłym grzybobraniu ciekawość sprowadza się do pytania, co kryje się pod kolejnym drzewem. W przypadku psychodelików dotyczy czegoś innego, bo chodzi o to, jak może zmienić się własna świadomość. W obu sytuacjach pojawia się jednak element nieznanego, poszukiwanie i napięcie związane z oczekiwaniem na nowe doświadczenie. Nie znaczy to oczywiście, że grzybiarze są psychologicznie podobni do osób używających psychodelików. To raczej obserwacja na temat ludzkiej potrzeby eksplorowania świata.
Może właśnie stąd bierze się ta fascynacja. Grzyby to przecież temat, który łączy przyrodę, jedzenie, rodzinne tradycje, naukę, a nawet historię religii i psychiatrii. Dla jednych to po prostu składnik sosu. Dla innych cel jesiennej wyprawy. Ktoś inny widzi w nich organizm o niezwykłej biologii, a jeszcze ktoś substancję, która od wieków odgrywała rolę w określonych praktykach kulturowych.
I być może dlatego grzybobranie to coś więcej niż spacer z koszykiem. Składa się na nie ruch, kontakt z naturą, poszukiwanie, poczucie kompetencji, wspólny czas i odrobina niepewności. Żeby dostać sporą część tej psychologicznej nagrody, wcale nie trzeba wracać z pełnym koszykiem. Czasem wystarczy kilka godzin w lesie, gdy przez moment najważniejszym problemem staje się to, czy brązowy kształt pod mchem to grzyb, na którym nam zależy.
A jeśli niczego nie znajdziemy? Cóż, zawsze zostaje bardzo dobra wymówka, żeby wrócić następnym razem.


Leave a Reply